Wednesday, June 19, 2013

Chiang Mai (dzień 1) – tygrysy!

Zacznę od podróży, bo to istotne dla tych, którzy chcieliby przetransportować się z Wientianu w Laosie do Chiang Mai. Najszybszy, najwygodniejszy i najdroższy sposób to podróż samolotem. Inna możliwość do minivany i autobusy prosto z Wientianu do Chiang Mai (ale tu raczej przygotowałbym się na jakieś nieprzewidziane przystanki). Jeśli chcemy jechać autobusem VIP albo tzw. sleeping bus ceny sporo idą w górę. Wybraliśmy więc zupełnie inną opcję i wydaje mi się, że najlepszą pod wieloma względami. Najpierw udaliśmy się z Wientianu do Udon Thani autobusem z Talat Sao Bus Station. Cena śmiesznie niska – 22 tyś kipów (niecałe 9 zł). Autobusy kursują bardzo często. Następnie kupiliśmy bilet w Udon na nocny Extra VIP bus. Był to autobus dwupiętrowy, klimatyzowany, z rozkładanymi siedzeniami praktycznie do pozycji leżącej i podnóżkiem. Siedzenia miały nawet opcję masażu, choć odczuwalne było to bardziej jak wbijająca się czyjaś stopa w nerki. Z tego luksusu po paru minutach zrezygnowałam  Dostaliśmy również jakieś przekąski i napoje. Autobus wyjeżdża o godzinie 8:30, a do Chiang Mai przyjechał po 7 rano. Cena takiego luksusowego autobusu to 888 bahtów (ok. 90 zł). Warto!

A teraz Chiang Mai. Już od początku miasto wywarło na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Okazało się być większe niż myślałam, na ulicach duży ruch, korki i bardzo dużo turystów, co mnie też zdziwiło, zwłaszcza biorąc pod uwagę porę roku. Ale mimo tego zgiełku i tłumu w niektórych miejscach, miasto ma niesamowity urok. Jest mnóstwo uliczek, gdzie możemy się zrelaksować i poczuć się jak w raju. Można np. w małej, przytulnej i uroczo urządzonej knajpeczce zjeść śniadanie, wypić mrożoną kawkę, albo napić się doskonałych napojów jak mango shake, dragon fruit shake, lemon shake itd., do wyboru do koloru .

Pierwszą atrakcją (nie urywam, że najbardziej wyczekiwaną) był wyjazd do Tiger Kingdom. Jest to niesamowite miejsce (ok. 18 km od samego miasta), gdzie można dosłownie pobawić się z tygrysami. Tygrysy są podzielone na 5 grup wiekowych: newborns, smallest, small, medium i big cats. Te pierwsze można oglądać w klatkach, z pozostałymi można się bawić. Bawić przede wszystkim można się z maluchami (smallest), do nich poszłam z moją Majką. Pozostałe raczej głaskamy lub delikatnie się na nich kładziemy. Oczywiście przed wejściem podpisujemy specjalne oświadczenie, w końcu nikt nam 100% gwarancji nie da, wszak to dzikie zwierzęta. Z maluchami było super, były takie mięciutkie, milutkie i niegroźne. Ja z Darkiem zdecydowaliśmy się następnie stawić czoła średnim kotom (medium), które i tak były od nas o wiele większe i budziły grozę. Jeden pan treser przed wejściem powiedział do nas „Good luck!”, na co zareagowałam lekkim zdziwieniem i malutkim stresikiem ;). Ale ani przez chwilę nie przeszła mi przez głowę myśl, żeby się wycofać. Co jak co, ale skok adrenaliny to coś co lubię. Osobiście chciałam iść do największych kotów, ale Darek stwierdził, że i tak już ryzyko jest duże. Cykor :P Zgodziłam się na te odrobinę mniejsze, bo chcieliśmy wejść razem, żeby sobie zdjęcia porobić. Przed wejściem trzeba dokładnie przeczytać instrukcję, która mówi np. żeby nie podchodzić do tygrysów od przodu, nie wykonywać gwałtownych ruchów, nie dawać aparatu treserowi, który ma nam zapewnić bezpieczeństwo (mając jedynie mały kijek w ręku ;)) i inne. Co ciekawe, nie wchodzimy do klatki z jednym tygrysem, ale do miejsca ogrodzonego, gdzie leżą trzy wielkie koty! Nie panikujemy. Głaskamy i przytulamy się do wielkich tygrysów. Jesteśmy raczej spokojni. Ale kiedy kot odwróci głowę i spojrzy na nas swoimi nieprzenikliwymi oczami, człowiekowi lekko skacze ciśnienie! Podsumowując, wspaniałe przeżycie warte pieniędzy, a przyjemność ta, jak na Tajlandię, mało nie kosztuje. Nas zabrał z miasta pick-up przerobiony na dużego tuk-tuka za 300 baht (cena wytargowana z 400). Wstęp do najmniejszych i małych kotów kosztują po 520 bahtów, do średnich i dużych 420. Ciekawe czemu do tych największych jest taniej? ;)

Następnie udaliśmy się zwiedzać świątynie w Chiang Mai. Pierwsze Wat Phra Singh, która była bardzo polecana w moim ogromnym przewodniku. Na miejscu spotkaliśmy kierowcę vana, który zaproponował nam, że zabierze nas do 2 innych świątyń i do fabryki jedwabiu za jedyne 100 bahtów. Chętnie przystaliśmy na tę propozycję, zwłaszcza, że kierowca jak się dowiedział, że jesteśmy Polakami, pobiegł do samochodu i pokazał nam wpis rekomendujący jego usługi od Polaków. Dodatkowo, co było wielkim zaskoczeniem, kierowca pokazał nam prezent jaki dostał od tamtych Polaków. Co to było? Jakieś pomysły? Coś bardzo polskiego. Do picia. No dobra powiem, prezentem była polska wódka, żołądkowa gorzka :).

Tak więc zwiedziliśmy kolejne świątynie, fabrykę jedwabiu, w której oczywiści mieścił się również sklep – nawet się skusiłam i kupiłam jedwabną chustę. Na koniec kierowca spytał nas, czy nie chcielibyśmy pojechać po drodze do sklepu z kaszmirem. Średnio nam się chciało, zwłaszcza, że raczej nie planowaliśmy kupowania kaszmiru. Ale panu tak zależało… Przyznał się, że jak nas tam zawiezie to dostanie od nich (właścicieli sklepu) flaszkę whisky. No cóż, my Polacy potrafimy zrozumieć, że komuś zależy na małej flaszeczce, nie?  Po za tym, pan nas woził przez pół dnia prawie za darmo. Tak jak się spodziewaliśmy ceny w sklepie były absurdalnie wysokie, ale za to wdaliśmy się w ciekawą rozmowę ze sprzedawcą. Zapytaliśmy go skąd jest. A on, żebyśmy zgadli, a jak zgadniemy to dostaniemy zniżkę. Darek stwierdził, że jest z Indii, tak wyglądał i taki miał akcent, ale zaprzeczył. Powiedział, że blisko Indii. Wymienialiśmy poklei chyba wszystkie państwa w pobliżu Indii, ale nic. Daje nam więc pierwszą wskazówkę – mówi się, że kraj ten jest jednym z najpiękniejszych na świecie. Cóż, niewiele nam to pomogło. Daje drugą wskazówkę – kraj ten ma jedną część w Indiach, a druga w Pakistanie. Zupełnie nic nam nie dało. A wy już zgadliście? Bo my nie…W końcu powiedział. Pan sprzedawca pochodził z Kaszmiru. Tak, jak się dowiedzieliśmy był sobie kiedyś kraj Kaszmir, którego teraz część należy do Indii, a część do Pakistanu. Kraju na mapie już nie ma. Ale jak pytamy go o narodowość, odpowiada dumnie Kaszmir. Patriota, bardzo sympatyczny człowiek. Kaszmir, w sensie materiał, który sprzedawał pochodził właśnie z jego ‘kraju’. Nic nie kupiliśmy, bo byliśmy już po zakupach w fabryce jedwabiu, ale czas miło spędziliśmy. Wieczorem usiedliśmy niedaleko naszego pensjonatu, właściwie na tej samej uroczej wąziutkiej uliczce, w przytulnej restauracji, gdzie zjedliśmy dobrą kolację i popiliśmy boskimi shake’ami. Dzień był długi i wiele wspaniałych miejsc odwiedziliśmy. Już pod wieczór wiedziałam, że zakochałam się w Chiang Mai!

Z małymi tygryskami (smallest) 

Ze średnim kotem (medium)

Piękna roślinność w Tiger Kingdom 

Wat Phra Singh




Wygląda jak prawdziwy, nie? :)



Wat Suan Dok 



Wat Chet Yot  


W fabryce jedwabiu. Tak, jedwab wyrabia się w jedwabników - 
to są właśnie jedwabniki w początkowej fazie :)

Proces wydobywania jedwabnych nici z kokonów

Sklep z uszytymi ubraniami z jedwabiu 

Kuszą kolorami

Tradycyjne stroje z jedwabiu 



0 comments:

Post a Comment